W naszych niespokojnych, burzliwych czasach, gdy śmierć kosi coraz młodszych, i to w sposób coraz bardziej nagły i nieprzewidziany, bardzo ważną rzeczą jest posiadanie testamentu. Przez słowo to rozumiemy własnoręcznie podpisany dokument, zawierający nasz obrachunek z samym sobą oraz ze światem na wypadek, gdyby trzeba go było już w tej chwili opuścić.

„Obrachunek" ten może obejmować to wszystko, co chcielibyśmy przekazać naszym bliskim i znajomym w chwili dokonywania go (może być aktualizowany wiele razy, aż do naszej śmierci), a czego już nie moglibyśmy przekazać za chwilę, i to z różnych powodów: ciało może nam odmówić posłuszeństwa (przez paraliż, zawał serca, wypadek w podróży, napaść na nas itp.) albo umysł okaże się niesprawny, albo też wokół nas nastąpi coś, co nas trwale odizoluje od świata i naszych bliskich. Wszak tylko sekundy mogą dzielić nas od śmierci, gdyż krucha jest skorupka naszego ciała. Tylko sekundy, gdyż za krótką chwilkę może stanąć na zawsze nasze serce, zamrzeć w ustach ostatnie tchnienie, zagasnąć spojrzenie naszych oczu… Czyż Dobry Bóg nie próbuje nas przekonać (na przykładzie wielu naszych znajomych), że przychodzi po dusze „jak złodziej w nocy"…?

Spotykam ze zdziwieniem ludzi w podeszłym wieku, którzy mają głowę pełną przeróżnych myśli i spraw do przekazania innym, a nie podjęli jeszcze próby napisania testamentu. Noszą oni z tego powodu w swym sercu podświadomy lęk, że nie zdążą tego przekazać, bo może w chwili umierania nie będzie przy nich nikogo ze znajomych, albo też inne okoliczności pokrzyżują ten ich zamiar. Nawet może nie potrafią sobie uświadomić, jak wielki noszą w sobie ciężar i skąd on pochodzi! A przecież napisanie testamentu nie jest wcale rzeczą aż tak trudną, by trzeba było jej się obawiać albo odsuwać ją od siebie w nieskończoność! Nawet dla własnego spokoju, a może nawet głębokiego pokoju wewnętrznego, który jest warunkiem pogłębienia więzi z Bogiem i z ludźmi, warto natychmiast podjąć się tego zadania!

Prócz osiągnięcia tego wielkiego osobistego zysku: daru pokoju, do czego konieczne jest przemyślenie i zamknięcie wielu spraw osobistych, rodzinnych, dotyczących przyjaciół, kolegów i koleżanek, instytucji z którymi może jesteśmy związani - inne jeszcze dobra są do osiągnięcia: lepsze przeżycie czasu, który nam jeszcze na ziemi pozostał, pogłębienie wiary, częstsze wybieganie sercem tam, gdzie jest nasze prawdziwe życie („Gdzie jest skarb twój, tam i serce twoje" - powiedział nasz Nauczyciel), ale także piękne świadectwo wiary w życie wieczne i ugruntowanej cnoty nadziei w stosunku do bliźnich. Oni to właśnie, dzięki naszemu testamentowi, będą mogli już po naszej śmierci usłyszeć to świadectwo i inaczej spojrzeć na swoje życie i na śmierć, dzięki czemu my wobec nich możemy spełnić rolę apostołów. Poza tym, rozporządzając swoimi dobrami pozostawianymi na ziemi, unikniemy bardzo nieprzyjemnych i bolesnych scen wydzierania sobie przez rodzinę i bliskich tych resztek, które po nas pozostaną. Wcale nierzadki to widok, że zamiast wspierać zmarłego duchowo, gdy stanął on na sądzie Bożym, jego najbliższe otoczenie walczy o to, co on na ziemi pozostawił, oskarżając się wzajemnie o pazerność i niesprawiedliwość, a może i ciągając się po sądach…

Nasz testament może zawierać różne elementy i punkty o charakterze zarówno duchowym, jak i materialnym. Przemyślał te punkty i zaproponował swoim czytelnikom autor niewielkiej książeczki „Moja siostra Śmierć…" (wyd. Michalineum 2003). Stanowią one zakończenie tej pozycji, poświęconej głównie przeżyciu poszczególnych „etapów" własnego umierania, a więc i dobrego przygotowania się na przejście do wieczności. Autor mógł stwierdzić, że poruszony przez niego temat budzi u wielu lęk, gdy patrzą na okładkę i czytają tytuł, lecz gdy już zagłębią się w lekturze, nie mogą się od niej oderwać! Książeczka ta rozchodzi się więc bardzo szybko nie tyle w księgarniach, lecz „z ręki do ręki", dzięki zachętom do lektury ze strony samych jej czytelników.

A więc do dzieła! Choć może niewielkiego, lecz jednego z najważniejszych w naszym życiu, jakim jest napisanie testamentu! Niech Aniołowie Stróżowie, nasi przewodnicy, a także wszyscy Patronowie, którzy czekają już na nas „po tamtej stronie", wspomagają nas.

Nawet jeśli natychmiast sami nie podejmiemy się tego „obrachunku" z własnym życiem, możemy (a nawet powinniśmy, miłość bliźniego tego się domaga!) podjąć próbę okazania pomocy w napisaniu testamentu ludziom z naszego otoczenia, zwłaszcza schorowanym i w podeszłym wieku.

Trzeba podchodzić do tego z wielką delikatnością, może etapami, a przy tym wystrzegając się egoizmu w stosunku do osób, które łatwo mogłyby wyczuć, iż w tej materii „wietrzymy swój własny interes" (chodzi zwłaszcza o sprawy majątkowe). Możemy zacząć od zapytania, czy dana osoba chciałaby podzielić się jakimiś myślami z nami lub z innymi osobami. Jeśli tak, to może by to zapisać na kartce? Po ustaleniu pewnych punktów, zarysu, można iść dalej pytając, czy ma już własny testament. Jeśli nie - czy nie potrzebuje pomocy w napisaniu go? Nie jest to wprawdzie rzeczą trudną, ale… Można to zrobić w taki sposób… itd. Na pewno możemy przyczynić się przez tę pomoc do wielkiego dobra duchowego!

Jeszcze do tej chwili mam w oczach spokojną i radosną twarz starego człowieka, którego oczy rozbłysły wielką wdzięcznością, gdy po dłuższej wspólnej pracy nad testamentem odczytałem mu go „uroczyście" i mógł złożyć pod nim swój podpis. Czułem, że kamień spadł mu z serca! A przecież był to człowiek na tyle wykształcony i świadomy swojej drogi (nosił rozrusznik serca), że powinien był już dawno sam się o to zatroszczyć. Byłem zdziwiony, gdy na moje pytanie o testament bezradnie rozłożył ręce… Takich jest na pewno bardzo wielu.

POWRÓT