W dniu wielkiej mistyczki, przewodniczki duchowej, doktora Kościoła - świętej Teresy Wielkiej (Hiszpanki, reformatorki zakonu karmelitanek), napisało mi się kilka myśli na temat oschłości na modlitwie, która dla wielu staje się udręką, a nawet powodem wyrzutów sumienia - podejrzewają, że sami się do tego stanu przyczynili. Powinni, jak sądzą, płonąć ogniem miłości, a tymczasem nawet płomienne modlitwy Kościoła i wielkich świętych nie zagrzewają ich serca. Muszą walczyć ze zniechęceniem, by chociaż chwilę poświęcić na modlitwę…


Jak piszą znawcy życia wewnętrznego, podobny stan bywa dopuszczony przez Boga dla udoskonalenia duszy, zwłaszcza dla oderwania jej od stworzeń i od własnego „ja". Im wyższy jest - w planach Bożych - stan oświecenia i zjednoczenia, do którego Bóg chce wznieść jakąś duszę, tym dłuższe i boleśniejsze musi być jej oczyszczenie. Może ono, jak w życiu św. Teresy z Avila, trwać nawet dziesiątki lat. W ramach tego oczyszczenia przechodzi ona noc zmysłów (nie ma ona nic wspólnego z nocą poślubną!), a potem noc ducha, kiedy to właśnie oschłość na modlitwie staje się chlebem powszednim. Czasami, gdy już ten „suchy chleb" nie chce przejść przez gardło, Bóg smaruje go warstwą „masła z miodem", jak nazwać można pociechy duchowe, Boże dotyki i oświecenia, chwilowe wzloty ku niebu.

Niezależnie jednak od przebytej drogi i od Bożych planów podobny stan może nas dotykać każdego dnia i w każdej chwili, co może być od nas niezależne, lecz nie zawsze. Sami możemy doprowadzić siebie do takiego stanu, gdy:

- nie pojednaliśmy się z Bogiem i chcemy się modlić, tłumiąc głos sumienia. Czy potrafimy rozmawiać z ludźmi z wielką dobrocią i życzliwością, gdy dzieli nas od nich bariera jakichś nie załatwionych (albo źle załatwionych) przykrych spraw? Czy nie jest podobnie wobec Boga?

- Nie pojednaliśmy się z ludźmi, z ich strony płynie w naszym kierunku fala niechęci, żalu i złości, może nawet z bardzo bliska.

- Mamy obowiązek robić w tym czasie coś innego, lecz chcemy od tego obowiązku uciec w modlitwę.

- Przejedliśmy się, a może zjedliśmy coś ciężkostrawnego, co wymaga od naszego organizmu wielkiego wysiłku w celu przetworzenia i przyswojenia tego pokarmu - wtedy, jak w Ogrodzie Oliwnym, duch może być ochoczy, ale ciało mdłe. O używkach (papierosach, alkoholu, narkotykach i in.) i ich działaniu, zakłócającym działanie naszego organizmu, nie ma nawet co mówić.

- Zajęliśmy złą pozycję ciała, np. rozparci w miękkim fotelu lub rozwaleni na kanapie, z napiętą przeponą i bardzo płytkim oddechem.

- Mamy wiele spraw do załatwienia, które właśnie wtedy, nie bez udziału szatana, przychodzą nam na myśl. Powinniśmy je zapisać i „mieć z głowy", lecz nie mamy notesu...

Gdy już wykluczymy powyższe przeszkody (ich lista nie została wyczerpana!), mogące studzić nasze serce podczas modlitwy, spójrzmy na problem oschłości od innej strony.

1. Powinniśmy sobie - tę dopuszczoną na nas przez Boga - oschłość cenić, bo ceni ją sam Bóg! Wielkiej polskiej mistyczce Wandzie Malczewskiej Pan Jezus mówi, że bardziej ceni sobie modlitwę dusz na ziemi, np. adorujących Go przed tabernakulum, niż modlitwę mieszkańców Nieba! Jest tak dlatego, że dla tych drugich jest ona źródłem szczęścia, a więc nic nie kosztuje, podczas gdy „ziemscy aniołowie" trwają w nocy zmysłów (nie widząc, nie słysząc, nie odczuwając Bliskości) przed zimnym kamieniem, metalem czy drewnem tabernakulum (ścianą w swoim domu), a ten ich wysiłek trwania jest wyrazem ich głębokiej wiary i wielkiej miłości. Na modlitwie „oschłej" trwając, mamy tę przewagę nad Aniołami i Świętymi, że nasz rozum zaledwie na ślad Najwyższej Prawdy napotyka, ale za to nasza wola - druga władza duszy - z podwójną siłą przywiera do Boga, mogąc czynić nas męczennikami w pragnieniu. Czyż nie męczeństwem jest modlitwa narkomana, który trwa na kolanach z różańcem w ręku, podczas gdy jego ciało, zatrute i osłabione, dopomina się o „swoje"?

2. Doświadczenie uczy, że nawet chwila modlitwy trudnej, wymagającej wysiłku i przezwyciężenia przeszkód, bardziej zbliża nas do Boga, niż całe godziny trwania w zachwycie tych, których Bóg porwał ku sobie przez dar modlitwy „płomiennej".

3. Miłość najpełniej wyraża się w ofierze, więc możemy tę oschłość Bogu ofiarować w ważnych intencjach: za nawrócenie grzeszników, za tych co się nie modlą, za konających wśród napaści szatana, za więzionych, torturowanych i zagrożonych itp. Możemy nawet zawrzeć „układ" z Bogiem: gdy ja będę w oschłości, Ty, o Panie, weź na „Tabor" pociechy i radości tych, którzy bardzo cierpią i tego potrzebują, albo - jak Apostołowie na Taborze - wkrótce mają cierpieć, choć o tym jeszcze nie wiedzą.

4. Wreszcie zastanówmy się, czy nie możemy użyć dostępnych nam sposobów na przezwyciężenie tego stanu, a więc np.:

a. zaangażować jak najpełniej swoją wyobraźnię, która może nawet mieć duży wpływ na naszą sferę uczuciową. Możemy zająć obok Jezusa postawę św. Jana Apostoła, który, wg opisu Marii Valtorty, zarzucał Mistrzowi rękę na szyję, a głowę przytulał do serca (nie tylko w Wieczerniku). Możemy znaleźć się w Chinach albo w Korei Północnej w jakimś więzieniu, w oczekiwaniu na tortury, a nawet na śmierć, i modlić się w tej atmosferze, składając Bogu w ofierze całych siebie. Możemy zająć miejsce małego Jezusa na rękach Maryi albo świętego Józefa, trwając w przytuleniu do ich serca. Każdy może popuścić wodze swojej wyobraźni, by wyjść z oschłości ku kontemplacji, gdyż właśnie przeżywanie chociażby takiego „przytulenia" to właśnie kontemplacja.

b. Gdy nie możemy oprzeć się na niczym co stworzone, nawet w wyobraźni, idźmy śmiało w kierunku tej „nicości", malejąc we własnych oczach aż do maleńkiej kropki, aż do zera! Gdy już „zmalejemy" albo „znikniemy", trwajmy w pokłonie przed TYM, KTÓRY JEST, który Sobą wypełnia wszystkość. Taka adoracja może być czymś wspaniałym, nawet gdybyśmy mieli zaniedbać modlitwy, do których byliśmy przyzwyczajeni.

c. Znajdźmy własne sposoby na to, by z tej oschłości, jak ogrodnik z cuchnącego nawozu, wyprowadzić piękne rośliny. Może będzie to śpiew jakiejś pieśni (lub chociażby zwrotki, refrenu), nawet przez długi czas podtrzymywany; może odpowiednia postawa ciała, wymagająca wysiłku, który rozpali w nas ogień miłości do Boga; może marsz albo pielgrzymka… Czyż w pieszej pielgrzymce nie doświadczaliśmy „wzmocnienia siły wewnętrznego człowieka" wtedy, gdy ciało było zmęczone i osłabione, a nawet obolałe?

Już północ, więc i święta Teresa idzie spać (w Polsce, bo w USA jeszcze czuwa...). Nie wyczerpię tematu! Jeśli Drodzy Czytelnicy zechcą podzielić się swoim doświadczeniem w tym względzie, będziemy im niewątpliwie wdzięczni. Moja skrzynka pocztowa jeszcze pełna nie jest...

POWRÓT